ZABRAKŁO JĘZORA W GĘBIE.
TELAWIW OnLine: M. st. Warszawa akcentuje kolejną rocznicę urodzin pioniera jazzu w Polsce Zygmunta Karasińskiego – kabotyńskim filmikiem na YouTube – pomijając przy tym strachliwie drobny szczegół, że facet był pochodzenia żydowskiego, w dodatku ofiarą ostatniego pogromu w Europie w niesławnym marcu-68.
Pamiętam z “Wonderful Copenhagen”, gdzie zaliczyłem z parę upojnych latek emigracyjnych – dziwnego człowieka z zagonionym wzrokiem w staromodnej jesionce z bobrowym kołnierzem; przypominał mecenasa lub radcę tytularnego z archiwalnych polskich filmów. To był właśnie Zygmunt Karasiński, słynny kompozytor piosenek przedwojennej Warszawy.
Razem z Szymonem Kataszkiem prowadzili w międzywojniu znaną orkiestrę i byli autorami wielu mega popularnych przebojów rewiowych i filmowych, m. in. „Warszawo, ty moja Warszawo”, „Czy pamiętasz tę noc w Zakopanym”, “Serce matki” etc. Orkiestra Kataszka i Karasińskiego była jednym z pierwszych w Polsce jazzbandów.
Grali do “tańca i kotleta”, w sezonie letnim objeżdżali kurorty – Jurata, Zakopiec, Krynica. Kataszka zasiekli w Getcie Warszawskim lub na Pawiaku, Karasiński przetrwał cudem okupację, melinując się w Zakopcu, w kapeli grającej na dancingu w sanatorium dla rannych szkopów z Wehrmachtu na Gubałówie.
W marcu 1968 wygrzebali mu żydowskie korzenie – grób matki w kirkucie w Warszawie. Wywalili go zewsząd na zbity pysk – marzec-68 wypędził go z Polski. Nie widziałem nigdy, żeby się z kimś przyjaźnił. W Kopenhadze w szarym paltocie z futrzanym kołnierzem ganiał z obłędem w oczach w te i nazad po świątecznie przystrojonym i oświetlonym “Strojecie” – najdłuższym deptaku Europy.
Jako jeden z nielicznych emigrantów pomarcowych zwrócił się do ministra kultury nad Wisłą, żeby pomógł mu wrócić. Wysyłał sterty listów do ambasady prl w Danmarku, do Polskiego Radia etc. Ludzie kultury stawiali się za nim, ale komuchów nic nie ruszało. Przeżył Holokaust, ale emigracja go zabiła. Umarł ze zgryzoty w 1973, zanim jeszcze jesienią wybyłem stamtąd na stałe do Izraela.