TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: , | luty 27, 2026 | 7:30

DRUGA WYPRAWA WIEDEŃSKA.

TELAWIW OnLine: Austriacy zrezygnowali ostatnio z postawienia w Wiedniu pomnika króla Sobieskiego ze strachu przed islamistami. Przypomniały mi się inne aspekty etosowej Odsieczy Wiedeńskiej związane z utworzeniem tam pierwszej kawiarni w Europie – CAFE KULCZYCKI.

W którymś momencie w Kopenhadze, gdzie przemieszkiwałem z parę lat po marcu-68 wylądował miękko – Jerzy de Tulu Kulczycki z Krakowa. Opowiadał, że jego przodek, rotmistrz husarii Kulczycki, w czasie szarży na obóz turecki pod Wiedniem zorientował się kopią na jakiegoś wezyra i potem mu Jan III Sobieski odpalił całą zdobyczną kawę z namiotu nieboszczyka, razem z kobiercami i licznymi bałkańskimi brankami.

Rotmistrz zaczął imprezować i uprawiać rozpustę; ocknął się na worach z kawą i wpadł na pomysł, żeby założyć w Wiedniu „pierwszą kawiarnię Europy”, nazywając lokalik własnym imieniem. Tyle narracja historiozoficzna mojego kumpla Jureczka Kulczyckiego, któremu z paroma innymi kolegami pomogliśmy wygrzebać w “Almanachu Gotajskim” w Bibliotece Królewskiej w KBH: herbik Korab, z którym strzelił sobie rodowy sygnecik.

Skoczyliśmy starym garbusem-VW do Wiednia, gdzie liczyliśmy na darmowe sznycle i chlanie w kultowej knajpie tegoż imienia – z bajerami dla mediów, tudzież chętnymi panienkami od pijaru – na poczet cudownie odnalezionego potomka. Niestety okazało się, że Cafe Kulczycki już dawno nie istnieje; nie było nawet śladu po żadnej tablicy pamiątkowej, choć De Tulu desperacko grzebał na ścianie pod jakąś skrzynką pocztową.

Wróciliśmy wkurzeni do Wonderful Copenhagen, ale potem De Tulu wygrzebał skądś, że jakaś daleka „ciotka Kulczycka” mieszka w Rzymie, dokąd w związku z tym znowu udaliśmy się steranym garbusem. Rzecz jasna, nie dało rady w żaden sposób dogadać się z Włochami w biurze meldunkowym, a w obszarpanych książkach telefonicznych nad Tybrem dostojna seniora nie widniała.

Jurek wpadł na pomysł, żeby wywiedzieć się w istniejącej jeszcze wtedy ambasadzie rządu londyńskiego przy Watykanie – bramy pilnował stary wiarus w szynelu do ziemi, z zardzewiałym “wisem” i w rogatywce z koronowanym orzełkiem. Wprowadzono nas do półokrągłego salonu, gdzie wisiał portret Piłsudskiego z gołą szablą na całą ścianę i wyszedł do nas sztywny jak kij wicekonsul w tużurku z wyciągniętą grabą: bardzo nam miło, witamy, major Grzebisz, napiją się panowie koniaczku?

To były rozmowy rozrywkowe, których sedno zatarło mi się w pamięci, a nie chcę konfabulować. “Ciotka Kulczycka” okazała się zatłuszczoną, rozlazłą matroną w brokatowym szlafroku w stylu włoskiego neorealizmu, z parunastoma wrzaskliwymi wnusiami płci różnej zażerającymi się spaghetti bolognese – z Jurciem niestety straciłem kontakt po wyjeździe do Izraela i wiem tylko, że wkurwiony krańcowo na Europę wybył do RPA.



Reklama

Reklama

Treści chronione