TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Wrzesień 19, 2015 | 6:41

SPACER – Renata Jabłońska

Wlokę się jakbym miała kule u nóg. Po kilkunastu kolejnych powolnych krokach kończy się pokiereszowana nawierzchnia, droga jest piaszczysta, nierówna.

Spoglądam na zegarek i dziwię się, że od chwili gdy wyszłam na spacer, minęła już cała godzina. “Czy na urlopie czas mija inaczej?”

Przyjechałam do tej wioski szukać nostalgicznych wrażeń. Ale myślę, że się pomyliłam. Nigdy w takiej wsi nie byłam.

Brnę w piasku, który zajmuje coraz więcej przestrzeni i już nie przypomina drogi. Słyszę zbliżający się szum i po przebrnięciu kilkunastu następnych metrów, widzę morze. Siadam na pisku, ściągam pantofle. Stopy mam czerwone, poocierane ostrymi

ziarenkami, które dostały się do obuwia. Wstaję powoli i pokonując ból, zbliżam się do morza. Wchodzę do wody. Co za ulga, mimo że podrażniona skóra trochę piecze.

Zrywa się wiatr. Nim zdążę wyjść z wody, wysoka fala zbija mnie z nóg. Nie mogę wstać, krztuszę się i czuję, że woda wciąga mnie coraz głębiej.

Pewna, że utonę, zostaję nagle podrzucona i wielkim łukiem ląduję na betonowej płycie. Wstaję bez trudu. Mam na sobie suche ubranie, a na nogach ulubione beżowe pantofle. Trzymam podróżńą torbę. Rozglądam się. Widzę samolot, ale ma on jakieś płozy zamiast kół. Po schodkach wchodzą pasażerowie. Idę za nimi. “Ale gdzie mój bilet i dokąd właściwie chcę lecieć?”

Stewardesa wyjmuje mi bilet z ręki!

– Proszę mi powiedzieć dokąd mamy lecieć? I dlaczego samolot ma płozy?

– Nasz samolot ma pływaki, bo lecimy do kraju, gdzie nie ma lotnisk, a jest dużo wody naokoło.

– Do jakiego kraju?

Nie odpowiada mi. Cofam się i chcę zejść na dół. Lecz drzwi się zamykają, a ja już siedzę na fotelu przy okienku, zza którego widać białawe opary i błyski dalekich świateł. Czuję, że unosimy się i lecimy. “Dokąd”?

“Tak się czułam, gdy mnie tata posadził na wozie, a ja płakałam i prosiłam żeby mi pozwolił z nim zostać, że razem znajdziemy mamę.

– Bądź grzeczna i jedź do tych dobrych ludzi, a ja znajdę mamę i przyjdziemy po Ciebie.

I przyszli. Tata odnalazł mamę w miasteczku, w pobliżu którego pociąg się nagle zatrzymał, i kilka osób wyskoczyło z wagonu, żeby znaleźć wodę. Tata nie chciał mamy puścić, ale ponieważ spałam na jego kolanach, a miałam wysoką gorączkę, mama go uprosiła, żeby się nie ruszał. Strasznie się o mnie bała, to już było po śmierci mojej młodszej siostrzyczki.

Po kilku minutach pociąg nagle szarpnął i rozpędził się.

Zatrzymał się dopiero w lesie, gdzie kazali wszystkim pracować przy wyrębie. Mnie i jeszcze troje chorych dzieci umieścili w baraku, w którym opiekowała się nami felczerka. Gdy wyzdrowiałam, chcieli mnie posłać do odległego sierocińca, i wtedy tata namówił chłopa z pobliskiej wsi, żeby mnie do nich zabrał. A sam uciekł i szukał mamy.

Gdy rodzice po mnie przyszli, to był najszczęśliwszy moment w moim życiu.

Samolot ląduje miękko. Po prostu siada na wodzie jakiegoś spokojnego zalewu czy jeziora.

“No i jak się stąd wydostaniemy?” Jestem naprawdę zaniepokojona.

Po chwili widzę, że podpływają łódki. Zabierają nas, po parę osób, na piaszczysty brzeg. “Znów piasek”, myślę, czując otarcia stóp.

Zjawia się jakiś facet, niemłody, w kolorowej koszulce w kwiaty i krótkich zielonych spodenkach.

– Jestem przewodnikiem. Zaprowadzę państwa do wspaniałej groty. Potem do restauracji na obiad.

– A nie można najpierw pójść do hotelu, odpocząć chwilę? – pyta kobieta, która siedziała w samolocie blisko mnie.

– Hotel? Nic nie wiem o hotelu … Chodźmy!

Idziemy za nim bezwolnie, bo co mamy robić? Nie widać żadnych zabudowań, czy choćby jakiegoś zagajnika. Naokoło tylko piasek.

Stopy mnie bolą. Próbuję iść boso, ale piasek drażni otarcia. Przystaję żeby wytrząsnąć go z pantofli. Gdy się prostuję, nie widzę nikogo, wszyscy gdzieś zniknęli. “Weszli do groty, czy co? Ale gdzie ta grota?”

Stoję, bezradna, zdenerwowana. W końcu, zmęczona, siadam na piasku i przysypiam.

Budzi mnie chłodny powiew wiatru. Rozglądam się. Przede mną, za szeroką, piaszczystą plażą, mieni się zmienną czerwienią rozszczepiony na morzu blask zachodzącego słońca. Wstaję, i mimo otartych stóp, biegnę i wchodzę do wody. Patrzę na morze, nigdy nie mam dość tego widoku, choć często go o tej porze oglądam, choćby z mego balkonu.

Trzymam się blisko brzegu, mimo, że fale nie są duże.

“Może wróciłam w okolice mojego miasta?” Rozglądam się, lecz nie widzę żadnych zabudowań. Postanawiam iść wzdłuż morskiego brzegu, tylko nie wiem jaki wybrać kierunek. Idę w lewo.

Gdy pociąg zatrzymał się na stacji naszego miasta, mama rozpłakała się. Wyskoczyliśmy na peron, i powędrowali ku ulicy, gdzie kiedyś był nasz dom. Szliśmy dość długo i tata wziął mnie na barana. Zamieszkaliśmy w tym mieście, ale w innym domu. A potem pojechaliśmy do miasta nad morzem, gdzie nadal mieszkam.

Nagle czuję pod stopami twardą nawierzchnię. To szosa.

Dostrzegam z daleka jakieś zabudowania. Gdy do nich docieram, rozpoznaję fabrykę, w której kiedyś tata pracował jako chemik. Pokazywał mi ją. Nie lubiłam zapachów wiszących tam w powietrzu.

– Więc nie zostaniesz chemikiem – śmiał się ze mnie.

Nie zostałam, Jestem graficzką. I właśnie mam letni urlop.

Idę dalej. Szosa skręca nagle i teraz wiejską drogą pośród pól dochodzę do wsi. “Czy to ta, gdzie zostawiłam walizkę w wynajętym pokoju?”

Zbliża się ktoś do mnie, to kobieta,

– Mamo! – krzyczę i podbiegam do niej. Sciskam ją, choć jest taka zwiewna…

– Widziałaś może tatę? –pyta.

– Nie… Byłam obok fabryki, ale nie weszłam do środka…

– Fabryka jest od dawna nieczynna.

– Ale przecież byliście zawsze razem…

– Tak. Pochowłaś mnie obok niego i jestem ci za to wdzięczna. Ale wczoraj się sprzeczaliśmy i on mi nagle zniknął.

Słyszę śmiech taty i jego głos, ale go nie widzę.

Mama muska wargami moje policzki.

– No, przebaczył mi, jak zwykle – uśmiecha się i unosi w powietrzu.

Wydaje mi się, że machają do mnie przez chwilę dwie przezroczyste dłonie.

Rozglądam się. “Tak, tę wieś sobie przypominam. Tutaj spędzaliśmy wakacje, gdy byłam jeszcze w podstawówce, a mama i tata mieli urlop.

Chcę odszukać domek, w którym wynajmowaliśmy pokój, ale go nie znajduję. Nogi mnie bolą, siadam na przydrożnym kamieniu. Zamykam oczy. “Jak się stąd wydostanę? Był tu niedaleko mały dworzec kolejowy…” Chcę wstać, lecz padam…na nadmorski piasek. Ściemnia się. Morze szumi. W oddali widzę zapalające się światła miasta.



Reklama

Reklama

Treści chronione