TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Wrzesień 11, 2015 | 5:19

OGRODY – Renata Jabłońska.

Był ciepły, słoneczny dzień. Zmęczył ją spacer po nierównej, piaszczystej drodze. Szukała kamienia, na którym mogłaby na chwilę usiąść. Powietrze było nieruchome.

Nagle zobaczyła niski, na żółto pomalowany płot, z czerwoną, otwartą furtką.

Weszła do środka. Znalazła się w ogrodzie pełnym kwiatów. Niewielkie, barwne grządki, poprzedzielane były równymi pasami zieleni. Zbliżyła się do jednej z nich, przyciągającej wzrok jasnopomarańczowym kolorem. Pochyliła się i dotknęła ręką pierwszego z brzegu niewielkiego kwiatu. Ze zdziwieniem poczuła, że jest sztuczny. Obejrzała go dokładnie. Był zrobiony z drewna. Jeden z jego intensywnie zielonych listków miał obłupaną z boku warstwę

farby.

Przyjrzała się innym kwiatom. Nie różniły się od porzedniego. Białe goździki na sąsiedniej grządce też były drewniane.

Wyczuwała pod stopami chropowatość na zielono pomalowanych desek.

Rozglądała się i zastanawiała kto miał tyle zapału i cierpliwości, żeby wyrzeźbić i pomalować

dziesiątki drewnianych kwiatów.

Zawróciła w stronę furtki.

 

Wyszła z powrotem na piaszczystą drogę. Po kilkunastu minutach powolnego marszu zatrzymała się by wysypać piasek, który dostał się do pantofli.

Gdy się wyprostowała, zobaczyła, że wznosi się przed nią niewysoki brązowy mur. Nieco jaśniejsza furtka miała zamocowany kulisty uchwyt.

Otworzyła ją, ledwo tknąwszy uchwytu palcami.

Rozejrzała się z ciekawością i z lekką obawą.

W blasku popołudniowego słońca ujrzała mieniący się wielobarwnie ogród.

Stała w miejscu, ogarnięta niepokojem.

Panowała cisza. Było ciepło i bezwietrznie.

Wzrok jej spoczął na drobnych, nieznanych jej, różowych kwiatach. Postąpiła krok naprzód, wyczuwają pod nogami przedziwnie twardą, gładką ziemię. Nigdzie nie było widać trawy, a ziemia miała czerwonawy odcień.

Między prostokątami grządek zobaczyła niewielki klomb, obsadzony gęsto jasno i ciemnoniebieskimi kwiatami.

“Przecież to bratki! Takie, jakie rosły na skwerze przed dworcem…” Podbiegła, pochyliła się i wyciągnęła dłoń, chcąc poczuć pod palcami aksamitną miękkość płatków.

To, czego dotknęła, było gładkie i martwe, choć nieco ogrzane promieniami słońca. Zaczęła dotykać wszystkich kwiatów w zasięgu ręki. Wszystkie były małymi ceramicznymi rzeźbami.

Wyprostowała się. Spojrzała w niebo, bojąc się, że będzie jaskrawo niebieskie, bezchmurne i sztuczne. Ale po niebie płynęły spokojnie białe obłoki, promienie słońca niosły ciepło, a na rozpalonej twarzy poczuła z radością lekki powiew wiatru.

Tylko w ogrodzie nie poruszył się żaden liść.

Zawróciła w stronę furtki. Zanim ją otworzyła, spojrzała jeszcze raz na ten zadziwiający gliniany rozkwit.

Furtka ustąpiła z lekkim oporem.

 

I znów wyszła na piaszczystą drogę. Gdzieś z oddali szumiało morze. Wydmy piasku miały brudnożółty odcień.

Szła naprzód, zastanawiając się czy minęła już godzina, w ciągu której mechanik obiecał naprawić jej samochód. “To pewnie potrwa dłużej… Oni są tacy niesłowni.” Miała szczęście, że silnik zepsuł się w pobliżu stacji benzynowej, zagubionej przy tej niezbyt ruchliwej szosie. Piaszczysta droga przed nią rozwidlała się. Nie wiedziała w jakim kierunku powinna iść. Poszła w prawo. Rozejrzała się, szukając drogowskazu z nazwą miasta, do którego zdążała. Nie była tam od ponad dwudziestu lat. Zrobiło się chłodno, choć słońce jeszcze świeciło.

Była już bardzo zmęczona. Bolały ją nogi. Pochyliła się, by znów wysypać piasek z pantofli.

Gdy się wyprostowała, zobaczyła tuż przed sobą zielonkawe, przezroczyste wrota, uchylone z lekka.

Zlękła się. Chciała zawrócić. Ale gładkie zielonkawe ściany już ją otaczały ze wszystkich stron.

Poczuła się oślepiona, łzy napłynęły do oczu.

W promieniach zachodzącego słońca ujrzała niezliczoną ilość lśniących, barwnych kształtów. Przysłaniając oczy dłonią zaczęła posuwać się naprzód, stąpając niepewnie po twardym, śliskim gruncie.

W tym mommencie chmury przyśmiły blask słońca. Zauważyła ogromny liliowy kielich, przypominający tulipan. Wyciągnęła rękę – i poczuła pod palcami chłód szkła. Spojrzała w bok. Nie mogła oderwać wzroku od nieruchomych kwietnych kształtów. Niektóre były zupełnie przezroczyste, bezbarwne lub jaskrawo kolorowe, inne wyglądały jak wyrzeźbione w krysztale. Jeszcze inne, delikatnie, pastelowo zabarwione, miały drobne główki, umieszczone na zielonych rurkach.

Słońce przebiło się zza chmur i znów musiała przymknąć porażone blaskiem oczy. Chłodny powiew wiatru przywrócił jej przytomność. Pobiegła ku wrotom, ślizgając się po zielonkawej szklanej nawierzchni.

Bała się, że nie odnajdzie wyjścia. Musiała silnie szarpać zamknięte wrota, aż ustąpiły z oporem.

 

Biegła przed siebie piaszczystą drogą. Zaczęło się ściemniać. Wydmy piasku były teraz szare. Zatrzymała się, gdy usłyszała szum morza. Zrzuciła pantofle i zanurzyła stopy w chłodnym piasku. Szła powoli naprzód, trzymając pantofle w ręku.

Wreszcie zobaczyła z daleka ramię drogowskazu. Podbiegła, chcąc się upewnić, że to ten właściwy. Potknęła się i upadła. Ból zranionego kolana odebrał jej na chwilę przytomność. Gdy się ocknęła, poczuła, że nogi jej leżą na piasku, ale dłońmi wyczuwała asfalt szosy. W oddali migał neon stacji benzynowej.

Podniosła się i podeszła do drogowskazu. Odczytała nazwę miasta, do którego zdążała, bo tam postanowił na nią czakać.

“Czy potrafię tym razem wyzbyć się mojej wiecznej podejrzliwości?” Patrzyła na pustą szosę. Zdołała jakoś wcisnąć obrzmiałe stopy w pantofle i skierowała się ku stacji. Szorstki materiał spódnicy drażnił poranione kolano.

 

Dwa samochody stały przy pompach. W maleńkiej kawiarence siedziała samotnie stara kobieta.

Z garażu wyszedł mechanik.

– A, to pani. Już się dziwiłem, bo pani zniknęła na ponad dwie godziny. Pewnie się pani opalała na wydmach?

Kiwnęła głową.

– Wóz. Gotowy do drogi. Wystawię pani rachunek.

– Jeszcze się napiję kawy.

Gdy usiadła w kawiarence, zobaczyła swoje odbicie w wiszącym na ścianie dużym lustrze. Była potargana i brudna. Tusz rozmazany wokół oczu przypominał groteskowo wielkie sińce.

Weszła do toalety. Sięgnęła do kieszeni i natrafiła na portfel. Z drugiej wyjęła chusteczkę do nosa i grzebień.

Potem wypiła gorącą kawę.

Gdy ruszyła w drogę, zapadł już wieczór. Po godzinie jazdy poczuła, że zasypia. Włączyła radio. Z rzadka mijał ją jakiś samochód.

 

Po dwugodzinnej, na przemian zbyt wolnej lub zbyt szybkiej jeździe, ujrzała w oddali światła miasta.

Dojechała do torów kolejowych. Dudnienie niewidzialnego pociągu przypomniało jej, jak zawsze, wojenną tułaczkę.

Jechała dobrze oświetloną i dość ruchliwą ,jak na tak późną porę, ulicą. Minęła dworzec kolejowy. Zmieniony, rozbudowany. Skweru nie było. Rozpoznawała tak dobrze jej kiedyś znane ulice. W świetle latarni zobaczyła połyskujące ciemną zielenią drzewa. Zatrzymała samochód, wysiadła. Podeszła do drzew. Rosły za ogrodzeniem z żelaznych prętów. “Pewnie zamykają park na noc”, pomyślała.

Wspięła się na czubkach palców i trochę drżącą ręką sięgnęła najniższej gałęzi. Czuła jej giętkość przyciągając ją. Zdołała zerwać jeden mały, niezupełnie jeszce rozwinięty listek. Wygładziła go ostrożnie palcem, ale zaraz zwinął się z powrotem.

Gdzieś zupełnie blisko jarzył się zielononiebieski neon z nazwą hotelu, w którym się umówili.

 

Gdy znalazła się niedaleko wejścia, na małym placyku z dwiema ławkami, poczuła świeży zapach wilgotnej ziermi i roślin. W półmroku dojrzała niewielki klomb kwiatów. Wahała się przez chwilę, potem podeszał, pochyliła się, i z obawą wyciągnęła rękę. Płatki kwiatów były miękkie, wilgotne. To były bratki. Dotykała delikatnie jednego kwiatu za drugim.

Usłyszała nagle śmiech i zobaczyła wychodzących z hotelu ludzi.

Stybko, ale ostrożnie zerwała jeden kwiat i schowała za dekolt.

Zanim podeszła do dobrze oświetlonego wejścia hotelu, odchyliła na moment klapę żakietu i powiedziała: “Za chwilę wstawię cię do szklanki z wodą, za chwilę.”

 /1993/



Reklama

Reklama

Treści chronione